Jak wiadomo, pomysłowi utworzenia takiej komisji zdecydowanie sprzeciwia się obóz zdrady i zaprzaństwa, z kierującą nim politycznie Volksdeutsche Partei Donalda Tuska.
Obóz zdrady i zaprzaństwa twierdzi, że zrobi wszystko by Polska nie „dostała” tych pieniędzy .Tymczasem ta kasa pochodzi w znacznej części z kredytu a kredyt możemy zaciągnąć gdzie chcemy i na lepszych warunkach.
Andriej Własow wierzył, ze zbudowanie u boku Hitlera rosyjskiego rzadu i wojska doprowadzi do upadku systemu bolszewickiego. Nazwisko Andrieja Własowa jest w dzisiejszej Rosji, odwołującej się do tradycji sowieckiej, synonimem zdrady i zaprzaństwa. Nie kwestionując bynajmniej tego, że generał jako rosyjski patriota zdradził ZSRS, co
Wprawdzie jedna jaskółka nie czyni wiosny, ale na jakichś zwiastunach trzeba skupić uwagę, bo w przeciwnym razie można nadejście wiosny przeoczyć. Skoro tak trzeba postępować nawet w ramach nieubłaganej walki z wrogim klimatem, to cóż dopiero przy wróżeniu z fusów po kawie politycznej przyszłości naszego bantustanu?
Ciekawe, że mimo sławnej transformacji ustrojowej i czterech lat rządów „dobrej zmiany”, obyczaje utrwalone w okresie pierwszej komuny nadal są aktualne w tak zwanych „organach” – i to nie tylko wtedy, gdy – tak, jak w roku 2012 – rządzi obóz zdrady i zaprzaństwa, ale i teraz, za rządów płomiennych dzierżawców
Toteż obóz zdrady i zaprzaństwa od samego początku stanął na nieubłaganym gruncie “naturalnej katastrofy”, namiętnie zwalczając hipotezę zamachu, której największym zwolennikiem był od początku Antoni Macierewicz.
7Zbt4L. Kto będzie kandydatem obozu zdrady i zaprzaństwa? Leo Belmont był warszawskim adwokatem, Żydem z pochodzenia i mozaistą z metryki, a z przekonań – ateistą. Jednocześnie żywo interesował się różnymi rzeczami i sprawami, co niekiedy wzbudzać musiało niezamierzony efekt komiczny. Oto gdy po śmierci papieża Leona XIII konklawe długo nie mogło się zdecydować na wybór jego następcy, Leo Belmont wykazywał objawy rosnącego zdenerwowania. Doszło na koniec do tego, że zaczął zaczepiać na ulicy znajomych, pytając „kiedy wreszcie będziemy mieli Ojca Świętego?” Gdyby żył dzisiaj, to być może – jak większość Żydów w Polsce - sympatyzowałby politycznie z obozem zdrady i zaprzaństwa, tworzonym przez Platformę Obywatelską z satelitami oraz weteranami Salonu, co to za pierwszej komuny często piastowali godności jak nie w Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, to w jej zbrojnym ramieniu, czyli bezpiece. W ramach transformacji ustrojowej przepoczwarzyli się w demokratów i podobnie, jak za pierwszej komuny, kiedy to tresowali tubylców do socjalizmu, dzisiaj tresują do demokracji – a o tym, co jest demokracją, a co nią nie jest, decydują oczywiście oni. Więc Leo Belmont, qua Żyd i qua postępak, z pewnością sympatyzowałby z obozem zdrady i zaprzaństwa i prawdopodobnie odczuwałby rosnące zdenerwowanie z powodu zwłoki z wyłonieniem kandydata tego obozu na przyszłoroczne wybory prezydenckie. Po rezygnacji Donalda Tuska, co do której złowrogi Antoni Macierewicz ma wątpliwości, w obozie tym zapanowało zdenerwowanie, z którego wyłoniła się jedynie słuszna koncepcja przeprowadzenia „prawyborów”, które wyłonią kandydata na kandydata. Przypomnijmy, że w obozie zdrady i zaprzaństwa podobne „prawybory” odbyły się w roku przed wyborami prezydenckimi w roku 2010. Donald Tusk też nie wziął w nich udziału, według wszelkiego prawdopodobieństwa wskutek decyzji starych kiejkutów, którzy nie mogli mu darować podjęcia próby poluzowania sobie obróżki. Dostał tedy szlaban na wybory prezydenckie, a w rezultacie do „prawyborów” stanął Książę-Małżonek, czyli Radosław Sikorski, którego rywalem był faworyt starych kiejkutów Bronisław Komorowski. Radosław Sikorski też miał przygody ze starymi kiejkutami, ale jako figurant o kryptonimie „Szpak”, toteż w starciu z Bronisławem Komorowskim nie miał szans. Kontrkandydatem Bronisława Komorowskiego w wyborach prezydenckich został Jarosław Kaczyński, który uzyskał milion głosów mniej i wybory przegrał. Z tego zapewne, a może i z jakichś innych przyczyn, w roku 2015 już w wyborach prezydenckich nie kandydował, namaszczając na kandydata Andrzeja Dudę. Bronisław Komorowski był przekonany, ze Andrzeja Dudę pokona jeszcze łatwiej, niż Jarosława Kaczyńskiego, w czym utwierdzał go dodatkowo redaktor naczelny żydowskiej gazety dla Polaków – ale, jak pamiętamy, wybory przegrał, uzyskawszy o pół miliona głosów mniej od Andrzeja Dudy. Charakterystyczne dla tamtych wyborów były osobliwe kandydatury; na przykład kandydatem była osoba legitymująca się dokumentami wystawionymi na nazwisko „Anna Grodzka”, czy pani Magdalena Ogórek, kandydująca z poparciem Sojuszu Lewicy Demokratycznej, który w jesiennych wyborach parlamentarnych nie dostał się do Sejmu. Dlaczego polityk tak wytrawny, jak Leszek Miller, wystawił panią Ogórek w charakterze kandydata na prezydenta, a następnie zarejestrował swój komitet wyborczy jako koalicję – tego oczywiście nie wiem, ale nie wykluczam, że realizował zadanie w związku z ponownym przejściem Polski pod kuratelę amerykańską. Inna sprawa, że pani Ogórek, będąca małżonką ekonomisty Piotra Mochnaczewskiego, który z list SLD kandydował do Sejmu, a w rządzie Leszka Millera pracował w MSW. Nie był to jedyny jego związek z MSW, bo w latach 80-tych został zarejestrowany przez SB jako TW „Michał” - ale teraz pani Ogórek przeszła do obozu płomiennych dzierżawców monopolu na patriotyzm, w nagrodę dostając posadę w telewizji, co podobno było jej marzeniem. Zgodnie z moją ulubioną teorią spiskową, zwycięstwo Andrzeja Dudy w wyborach prezydenckich w roku 2015, a następnie zwycięstwo PiS w wyborach parlamentarnych, wiązało się z ponownym przejściem Polski pod kuratelę amerykańską, co zmusiło również starych kiejkutów do zakrzątnięcia się wokół wciągnięcia ich na amerykańską listę tzw. „naszych sukinsynów”. Po wyborach wygranych przez Andrzeja Dudę, odbyła się tedy w Warszawie Międzynarodowa Konferencja Naukowa „Most”, w której obok przedstawicieli najważniejszych ubeckich dynastii z Polski wzięli również udział ważni ubekowie z Izraela, który wobec Amerykanów żyrowali wciągnięcie starych kiejkutów na listę „naszych sukinsynów”. Ale – jak pamiętamy – Niemcy nie chciały zrezygnować z wpływów politycznych w Polsce i 16 grudnia 2016 roku podjęły próbę przeprowadzenia przewrotu w postaci „ciamajdanu”, który się nie udał. Po tej próbie zabrały się do dzieła systematycznie i kompleksowo, organizując w Polsce „walkę o praworządność”, do której udało im się wciągnąć nie tylko niezawisłe sądy, ale również weteranów Salonu, którzy w latach pierwszej komuny też walczyli o praworządność, tyle, że socjalistyczną. Dlatego też rezygnacja Donalda Tuska z kandydowania budzi zaskoczenie i wątpliwości, czy aby to na pewno decyzja ostateczna. Inna sprawa, że skoro afera Amber Gold zakończyła się wesołym oberkiem, to znaczy – skazaniem pana Marcina Plichty – to może lepiej jej nie resuscytować, żeby nie ujawniły się jakieś śmierdzące dmuchy nie tylko może przeciw Donaldu Tusku, co przede wszystkim – przeciw starym kiejkutom, bez przyzwolenia których afery tego rodzaju nie byłyby możliwe, a i organy państwowe bez ich rozkazu też nie działałyby nieprawidłowo. W tej sytuacji bardzo ciekawe w prawyborach, w następstwie których obóz zdrady i zaprzaństwa ma wystawić swojego kandydata, jest zgłoszenie swojej kandydatury przez Księcia-Małżonka, czyli Radosława Sikorskiego. Z uwagi na to, iż jest on żonaty z naszą jabłoneczką, czyli Anną Applebaum, może być do strawienia zarówno przez Amerykanów, którzy przed Żydami skaczą z gałęzi na gałąź, jak również przez Naszą Złotą Panią, która pewnie pamięta „hołd pruski” złożony właśnie przez Księcia-Małżonka. Jeśli tak, to jest bardzo prawdopodobne, że Książę-Małżonek prawybory w obozie zdrady i zaprzaństwa wygra – bo któż jeszcze do nich stanie? Posągowa Małgorzata Kidawa-Błońska, z poparciem posła Pupki i posła Łajzy, czy Bartosz Arłukowicz, który sam jeszcze nie wie, czy starsi i mądrzejsi mu pozwolą? Wiele zależy tedy od starych kiejkutów – czy zmobilizują agenturę w „organach państwa”, mediach i Salonie gwoli poparcia Księcia-Małżonka – bo jeśli tak, to Leo Belmont miałby powody do rosnącego Rosjanin, dobry Europejczyk Im dalej od zakończenia II wojny światowej, tym bardziej rośnie liczba „dobrych Niemców”. Okazuje się, że Niemcy, którzy jako pierwsi zostali okupowani przez „nazistów”, w przeważającej masie byli dobrzy i gdyby źli „naziści” nie wydawali im zbrodniczych rozkazów, to pozostaliby dobrzy, aż do ostatecznego zwycięstwa – no a potem też byliby dobrzy, ponieważ – ja zauważył wybitny przywódca socjalistyczny Adolf Hitler – zwycięzców się nie sądzi. Odwrotnie – to zwycięzcy zajmują się sądzeniem. Tak właśnie stało się po II wojnie światowej, kiedy to zwycięzcy urządzili w Norymberdze sąd nad pokonanymi Niemcami, surowo karząc ich za rozmaite zbrodnie. Warto przypomnieć, że chcieli ich ukarać również za rozstrzelanie wziętych do sowieckiej niewoli polskich oficerów w Katyniu, o co sowiecki prokurator oskarżał Niemców. To oskarżenie jednak się nie utrzymało, a Międzynarodowy Trybunał przeszedł nad tym do porządku, zgodnie z zasadą sformułowaną przez Adolfa Hitlera, że zwycięzców się nie sądzi. Toteż przez dłuższy czas w gronie zwycięzców panowało przekonanie, że skoro tych polskich oficerów nikt nie zamordował, to najwidoczniej musieli zemrzeć śmiercią naturalną, podobnie jak to się stało z Jezusem z Nazaretu. Generalnie jednak w roku 1945 Niemcy nie byli jeszcze tacy dobrzy, jak stali się obecnie, w rezultacie procesu ich melioracji, zapoczątkowanego jeszcze w marcu 1960 roku na tajnym spotkaniu izraelskiego premiera Dawida Ben Guriona z niemieckim kanclerzem Konradem Adenauerem w nowojorskim hotelu Waldorf Astoria. Ustalono tam, że w zamian za obsypanie Izraela niemieckim złotem, Niemcy uzyskają „przebaczenie”. Wtedy właśnie pojawili się „naziści”, którzy – jak się okazało – najpierw okupowali dobrych Niemców i w ogóle – strasznie się rozdokazywali, a następnie, - jak zauważył Józef Stalin - „obawiając się sądu zagniewanego ludu”, rozpłynęli się w nocy i mgle, dzięki czemu dobrzy Niemcy mogli wreszcie upomnieć się o swoją reputację. Przyszło im to tym łatwiej, że kiedy już okres niemieckiej pokuty za winy złych „nazistów” dobiegł końca, trzeba było odpowiedzialność za ich wybryki przerzucić na winowajcę zastępczego, na którego została wytypowana Polska. I co Państwo powiecie? Zaraz się okazało, że „naziści” wcale nie rozpłynęli się w nocy i mgle, tylko zaszyli się w lasach, głównie koło Wodzisławia Śląskiego, skąd co roku 11 listopada pielgrzymują do Warszawy na tak zwany „Marsz Niepodległości”, na którym skrupulatni obserwatorzy, co to do „nazistów” mają specjalnego nosa, naliczyli ich aż 60 tysięcy. Tego nie można tak zostawić i dlatego właśnie w czerwcu tego roku powstała w Unii Europejskiej specjalna grupa do walki z antysemityzmem, w której doświadczenia dobrych Niemców z całą pewnością zostaną wykorzystane, może jeszcze nie teraz, bo etap surowości dopiero się zaczyna, ale kiedyś na pewno, bo wiadomo, że „nazistów”, co to zieją antysemityzmem, tolerować nie można, tylko trzeba z nimi zrobić porządek raz na zawsze, przy okazji odbierając im to, co zagrabili swoim ofiarom pod pretekstem „własności bezdziedzicznej”. O ile jednak liczba dobrych Niemców systematycznie rośnie, to w przypadku Rosjan jest odwrotnie. Kiedyś, za komuny, Rosjanie byli wyłącznie dobrzy, ale kiedy od 1989 roku nasz nieszczęśliwy kraj przeszedł pod kuratelę zachodnią, przede wszystkim – amerykańską - liczba dobrych Rosjan lawinowo spada, szczerze mówiąc – nie ma ich już prawie wcale. Rośnie za to liczba Rosjan złych, którzy w dodatku w naszym nieszczęśliwym kraju mają popleczników w osobach ruskich agentów, których można bez trudu rozpoznać po tym, że śmierdzą im onuce. Do tego nie trzeba mieć nawet specjalnego nosa, który jest niezbędny do wykrywania złych nazistów, toteż od wykrywaczy ruskich agentów aż się u nas roi, w czym przodują przodownicy pracy socjalistycznej, jak na przykład – pani red. Krystyna Kurczab-Redlich, w swoim czasie zarejestrowana przez SB pod kryptonimem „Violetta”, a potem chyba przejęta przez starych kiejkutów. Bo na tym etapie stare kiejkuty przerzuciły się z razobłaczanija agentów Bundeswehry, na razobłaczanije agentów ruskich. Używam, tego rosyjskiego słowa nie tylko jako ruski agent, którego co tydzień demaskuje pan dr Targalski, ale też ze względu na osobę, której chciałbym poświęcić parę słów wspomnienia. Mam oczywiście na myśli zmarłego niedawno w Anglii Włodzimierza Bukowskiego, o którym pierwszy raz usłyszałem w latach 70-tych. Był on bowiem chyba pierwszym człowiekiem, u którego wracze zdiagnozowali sławną „schizofrenię bezobjawową”, co oczywiście wzbudziło w świecie żywe zainteresowanie. Po różnych, trwających kilkanaście lat perypetiach, Włodzimierz Bukowski został na lotnisku w Zurichu wymieniony na pierwszego sekretarza chilijskiej partii komunistycznej Luisa Corvalana, co anonimowemu rosyjskiemu fraszkopisowi stworzyło okazję do napisania takiego oto epigramatu: „Pamieniali chuligana na Luisa Corvalana. Gdie najti takuju blad’, cztob na Lońku pamieniat’?” „Na Lońku” - czyli na ówczesnego sekretarza generalnego KC KPZR Leonida Breżniewa. Od tamtej pory żył w Anglii, w okresie jelcynowskiej odwilży kilka razy przyjeżdżając do Rosji, gdzie nawet udało mu się spenetrować archiwum Komitetu Centralnego KPZR, w którym – jak nam opowiadał – odnalazł a nawet skopiował wiele dokumentów, pokazujących jak bolszewicy, to znaczy – źli Rosjanie – w każdym kraju, jaki zamierzali podbić, obcinali tamtejszemu narodowi głowę, to znaczy – eliminowali jego elitę. Warto zwrócić uwagę, że rozpoczęli od Rosji – bo tak się złożyło, że pierwszym krajem okupowanym przez bolszewików, była właśnie Rosja, podobnie jak Niemcy były pierwszym krajem okupowanym przez złych nazistów. Oprócz tych podobieństw były oczywiście pewne różnice, bo o ile Niemcy, nawet ci dobrzy, specjalnie przeciwko złym nazistom nie występowali, to dobrzy Rosjanie przez kilka lat, z bronią w ręku bolszewickim okupantom się sprzeciwiali – na co zwróciła mi uwagę pewna Rosjanka mieszkająca w Budapeszcie. Włodzimierz Bukowski był Rosjaninem dobrym, bo przez całe swoje dorosłe życie sprzeciwiał się bolszewickiemu panowaniu w Rosji, przy okazji krytykując również zachodnich eunuchów, którzy wprawdzie usta maja pełne patetycznych frazesów, ale nade wszystko cenią sobie higienę psychiczną i nieszczęścia bliźnich, zwłaszcza reprezentujących narody mniej wartościowe, specjalnie ich nie poruszają. Dlatego też Włodzimierz Bukowski, kiedy znalazł się na wygnaniu w Zachodniej Europie, stał się surowym krytykiem Unii Europejskiej, którą nazywał „Związkiem Socjalistycznych Republik Europejskich”. Uważał bowiem, że tak, jak dobry Rosjanin powinien sprzeciwiać się komunizmowi i Związkowi Radzieckiemu, to dobry Europejczyk też powinien sprzeciwiać się komunizmowi i walczyć z Unią i legendy Minęła kolejna rocznica odzyskania przez Polskę niepodległości. Jak wiele innych rzeczy, tak i ta rocznica jest podporządkowana legendzie – w tym przypadku – legendzie Józefa Piłsudskiego. Bo 11 listopada nie wydarzyło się nic istotnego z punktu widzenia niepodległości. 11 listopada 1918 roku zostało ogłoszone zawieszenie broni na froncie zachodnim – bo bolszewicy zawarli z Niemcami pokój w Brześciu w roku 1917. Kiedy więc ogłoszono zawieszenie broni, niemieccy żołnierze postanowili wracać z frontu do domu. Nie tylko z frontu zachodniego, ale również ze wschodu. Z punktu widzenia niepodległości Polski było to groźne, bo za wycofującymi się Niemcami postępowali bolszewicy. Z uwagi na to niebezpieczeństwo Roman Dmowski przekonał aliantów, by powstrzymali ewakuację Niemców ze wschodu – dopóki im na to nie zezwolą. W ten sposób, pod osłoną niemieckiego kordonu Polska zorganizować swoją państwowość. Tego zadania podjęła się w roku 2017 Tymczasowa Rada Stanu, powołana w styczniu na podstawie rozporządzeń generała Beselera z ramienia Niemiec i generała Kuka z ramienia Austro-Węgier. W lipcu 1917 roku Tymczasowa Rada Stanu powołała trzyosobową Radę Regencyjną, którą tworzyli Zdzisław Lubomirski, kardynał Aleksander Kakowski i Józef Ostrowski. Powołał ona pierwszy polski rząd pod przewodnictwem Jana Kucharzewskiego, który zaczął przejmować od władz okupacyjnych różne instytucje dla potrzeb powstającego państwa polskiego. W styczniu 1918 roku w akcie protestu przeciwko traktatowi państw centralnych tzn. Niemiec i Austro-Węgier z Ukrainą, na mocy którego Lwów miał wejść w skład terytorium Ukrainy, rząd Kucharzewskiego podał się do dymisji, a Rada Regencyjna ogłosiła, że odtąd swoje uprawnienia będzie czerpała „z woli Narodu”. 7 października 1918 roku Rada Regencyjna proklamowała niepodległość Polski, opierając się na tzw. „14 punktach Wilsona”, czyli liście amerykańskich celów wojennych, wśród których punkt 13 zapowiadał utworzenie niepodległego państwa polskiego. Te 14 punktów kilka dni wcześniej zostało przyjęte również przez państwa centralne jako podstawa rokowań pokojowych. 25 października Rada Regencyjna powołała rząd pod przewodnictwem Józefa Świeżyńskiego, a 11 listopada 1918 roku przekazała zwierzchnictwo nad wojskiem przybyłemu poprzedniego dnia do Warszawy z więzienia w Magdeburgu Józefowi Piłsudskiemu, a 14 listopada przekazała Józefowi Piłsudskiemu całą władzę państwową, po czym się rozwiązała. „Władzę” – a więc cały zbudowany wcześniej aparat polskiego państwa. Jak widzimy „legenda” jest trochę inna, niż prawdziwa historia, bo – jak zauważył Stefan Kisielewski – „nic tak nie gorszy, jak prawda”. Toteż i teraz prawda konkuruje z legendą – bo 1 maja 2004 roku Polska została przyłączona do Unii Europejskiej, której kierownikiem politycznym są Niemcy. Formalnie zaś Unia Europejska, jako odrębny podmiot prawa międzynarodowego, powstała 1 grudnia 2009 roku, w rezultacie ratyfikowania przez wszystkie państwa członkowskie tzw. traktatu lizbońskiego. Wprawdzie Unia Europejska ma wszystkie atrybuty państwa, ale jej apologeci twierdzą, że państwem nie jest. Tymczasem ma terytorium – o czym każdy może przekonać się np. w Terespolu, gdzie jest wschodnia granica Unii Europejskiej. Ma „ludność” – bo każdy obywatel każdego z państw członkowskich jest też obywatelem Unii Europejskiej. Wreszcie ma „władzę” to znaczy – organy władzy: ustawodawczą w postaci Rady Europejskiej, wykonawczą w postaci Komisji Europejskiej i sądowniczą w postaci Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w Luksemburgu, którego orzeczenia są dla państw członkowskich źródłem prawa. Ma też we Frankfurcie nad Menem Europejski Bank Centralny, który emituje walutę w postaci „euro”, a coraz częściej podnoszą się głosy o potrzebie utworzenia Europejskich Sił Zbrojnych. Mimo to według apologetów Unii Europejskiej, nie jest ona państwem. Dlaczego? Ano dlatego, że gdyby jednak „była”, to trzeba by odpowiedzieć na kłopotliwe pytanie – jaki w takim razie jest prawno-miedzynarodowy status krajów członkowskich. Czy są one niepodległe, czy też mają jedynie autonomię? Historia uczy, że nigdy żadna część żadnego państwa nie była „niepodległa”. Przeciwnie – chociaż mogła cieszyć się szerszą, czy węższą autonomią, to przecież podlegała władzom państwa, którego część składową stanowiła. Dlatego trzeba, wbrew oczywistościom, podtrzymywać legendę, że UE państwem nie jest, bo „nic tak nie gorszy, jak prawda”. No dobrze – ale do czego jest nam potrzebna ta cała niepodległość? Najkrócej można na to odpowiedzieć, że do tego, byśmy mogli żyć po swojemu, to znaczy – żeby nikt inny nam tego naszego życia nie urządzał. To nie znaczy, że sami na pewno urządzimy je lepiej, czy rozsądniej. Na to żadnych gwarancji nie ma. Niepodległość oznacza tylko, że po swojemu. Dlatego też niepodległość nie jest celem, a tylko środkiem. Kiedy w latach 70-tych przystąpiłem do tzw. opozycji, wydawało mi się, że jeśli tylko uda się nam odzyskać niepodległość, to wszystko będzie załatwione. Ale pewnego dnia przyszła mi do głowy myśl, że Rosja za Stalina, czy Chiny za Mao Zedonga były państwami niepodległymi, a przecież za żadne skarby nie chciałym tam mieszkać. Toteż – jak to zauważył Jan Zamoyski – po to mamy Rzeczpospolitą, byśmy wolności naszych zażywali. Celem jest wolność, a niepodległość – tylko warunkiem. Czyże jest bowiem podległość? Po pierwsze – nie można żyć po swojemu, tylko według życzeń tego, komu podlegamy. Po drugie – ten, komu podlegamy, może użyć naszych zasobów przeciwko nam, zwłaszcza gdy zaczniemy objawiać aspiracje niepodległościowe. Tak właśnie było w stanie wojennym, kiedy to polskojęzyczna wspólnota rozbójnicza, na zlecenie rosyjskie nadzorująca historyczny naród polski, wystąpiła zbrojnie przeciwko niepodległościowym aspiracjom polskim, wykorzystując w tym celu zasoby podbitego narodu. Po trzecie – ten, komu podlegamy, może eksploatować ujarzmione terytorium dla potrzeb własnego rozwoju, zwłaszcza w sytuacji, gdy nie jest pewien trwałości okupacji. No dobrze – ale co to właściwie oznacza, że żyjemy „po swojemu”? W naszym przypadku oznacza to, że po polsku. Właśnie do tego Polska jest nam potrzebna, żebyśmy żyli po polsku. Bo to nie myśmy Polskę stworzyli. Jest ona dziełem poprzednich pokoleń, dziedzictwem, które powinniśmy ubogacić, a przynajmniej – nie zubażać, bo mamy przekazać je pokoleniom następnym. Żeby one też żyły po polsku, a nie życiem ludzi bez właściwości. Wyobraźmy sobie tylko, że utraciliśmy to, co w skrócie nazywa się polskością. Wspomnienia, wzruszenia, smaki polskich potraw, melodie polskich piosenek, emocje towarzyszące klęskom i zwycięstwom, bohaterom i zdrajcom. Co by z nas wtedy pozostało? Pusta skorupa, czyli człowiek bez właściwości, z którym „można wszystko zrobić i w każdą formę ulepić”. O to też toczy się walka. Ilustracja © DeS ☞
Jesteś tutaj:Strona główna Judeopolonia: „Patrioci” i „zaprzańcy” razem przeciwko Polakom Ostatnia aktualizacja: 9 listopada 2018 | Komentując wyniki wyborów samorządowych 2018 Stanisław Michalkiewicz słusznie zauważył: Zatem scena polityczna zdominowana została przez dwie antagonistyczne partie, które w miarę kontynuowania politycznej wojny w Polsce, będą wchłaniały, albo eliminowały zalążki każdej alternatywy. Bo zarówno w interesie płomiennych dzierżawców monopolu na patriotyzm, jak i uczestników obozu zdrady i zaprzaństwa leży, by ani z jednej, ani z drugiej strony nie pojawiła się żadna polityczna alternatywa. Taka sytuacja leży również w interesie Niemiec, którym stan permanentnej wojny politycznej w Polsce jak najbardziej odpowiada, bo dzięki temu mogą dokazywać w naszym bantustanie na podobieństwo imperatorowej Katarzyny w wieku XVIII i cierpliwie i metodycznie osłabiać pozycję Polski w Europie. Obóz płomiennych dzierżawców monopolu na patriotyzm nie jest w stanie tego zmienić z powodu oddania się w macierzyńską niewolę Stanom Zjednoczonym, a za ich pośrednictwem – Żydom, którzy już przygotowują się do okupacji Polski w następstwie realizacji „roszczeń” majątkowych, czego Nasz Najważniejszy Sojusznik na podstawie ustawy nr 447 zobowiązał się dopilnować. Taka sytuacja jest też jak najbardziej na rękę Rosji, która na frymarczeniu Polską przez naszych przyjaciół i sojuszników, może tylko skorzystać. Warto przypomnieć odpowiedź jakiej udzielił podczas spotkania ministrów spraw zagranicznych OBWE w Wiedniu w roku 1987 Edward Szewardnadze, minister spraw zagranicznych ZSRR – że ZSRR nie ma nic przeciwko zjednoczeniu Niemiec, a tylko stawia jeden warunek: by między ZSRR, a zjednoczonymi Niemcami została utworzona strefa buforowa. No to w tym właśnie kierunku wszystko zmierza, zwłaszcza gdy przypomnimy zagadkową uwagę Henry’ego Kissingera sprzed kilku lat, że za 10 lat Izraela może nie być. Nie oznaczało to bynajmniej, że Izrael rozpłynie się bez śladu w eterze, tylko, że zostanie przeniesiony w jakieś bezpieczniejsze miejsce. A czy może być lepsze miejsce od zachodniej Ukrainy i wschodniej Polski? To znakomity obszar do zainstalowania Judeopolonii, która w dodatku może z powodzeniem pełnić rolę „strefy buforowej” między zjednoczonymi Niemcami, a Rosją. Na podstawie: Podoba Ci się nasza inicjatywa? Wesprzyj portal finansowo! Nie musisz wypełniać blankietów i chodzić na pocztę! Wszystko zrobisz w ciągu 3 minut ze swoje internetowego konta bankowego. Przeczytaj nasz apel i zobacz dlaczego potrzebujemy Twojego wsparcia: APEL O WSPARCIE PORTALU. Tagi: Izrael, Judeopolonia, Koalicja Obywatelska, Niemcy, PiS, Platforma Obywatelska, PO, Polska, Prawo i Sprawiedliwość, Rosja, Stanisław Michalkiewicz, szabesgoje, USA Podobne wpisy:
Tag Archives: Oboz zdrady i zaprzaństwa Michalkiewicz o nowelizacji ustawy o IPN: Obóz gorliwych patriotów połączył się z obozem zdrady i zaprzaństwa Aktualizacja: 2018-06-27 11:20 am Ze Stanisławem Michalkiewiczem o nowelizacji ustawy o IPN i jej skutkach rozmawia Tomasz Sommer – Co się zdarzyło dzisiaj w sejmie – Pan Premier znowelizował nowelizację … Continue reading → June 28, 2018 · Leave a comment Search for: Archives Archives Blog Stats 1,873,007 hits Home About Poland is beautiful August 2022 M T W T F S S 1234567 891011121314 15161718192021 22232425262728 293031 « Jul Opinie wyrażane w tekstach lub komentarzach pod artykułami publikowanymi na łamach JUSTICE4POLAND są własnością autorów i niekoniecznie odpowiadają opiniom wyrażanym przez nasza Redakcje . Follow on All information, data, and material contained, presented, or provided on is for educational purposes only. It is not to be construed or intended as providing medical or legal advice. Any views expressed here-in are not necessarily those held by ENOUGH LIES – DOSYĆ KŁAMSTW Walczmy z przejawami antypolonizmu Translate Blogs I FollowRangitikei Environmental Health WatchWOLNI SŁOWIANIETarig Anter on Protect & Reinvent DemocracyxebolaWirtualna Polonia BIS im. Włodka KulińskiegoAdNovumTajne Archiwum Watykańskie, czyli Wielka Pobudka SłowianM-forum Shift 101WIERNI POLSCE Media PodlasiaSKRiBHWarszawska o historię i
Trzy plagi trapią nasz nieszczęśliwy kraj. Pierwsza, to oczywiście zbrodniczy koronawirus. To wprawdzie bardzo poważna plaga, ale pewną ulgę przynosi nam świadomość, że jest nią dotknięty nie tylko nasz nieszczęśliwy kraj, ale wszystkie inne też. W kręgach prorządowych największą ulgę przynosi świadomość, że zbrodniczy koronawirus atakuje również Rosję – co trochę łagodzi nasz stosunek do niego, bo wiadomo, że to, co szkodzi Rosji, nie może być absolutnie złe. Ciekawa rzecz, że o ile dotychczas taki pogląd był popularny wyłącznie w obozie „dobrej zmiany”, to teraz zaczyna skłaniać się ku niemu również obóz zdrady i zaprzaństwa. Na początek na nieubłaganym antyrosyjskim stanowisku stanął Donald Tusk, w którym szczególnie upodobała sobie Nasza Złota Pani, zarzucając Naczelnikowi Państwa, że realizuje „scenariusz Putina”. Taka zasadnicza zmiana nastawienia do Rosji nasuwa podejrzenia, że Donaldu Tusku musiała to doradzić Nasza Złota Pani, która już od dłuższego czasu pilotuje jego karierę na brukselskich salonach i prawdopodobnie będzie wspierała jego kandydaturę w wyborach prezydenckich w naszym bantustanie w roku 2025. No dobrze – ale dlaczego Nasza Złota Pani mogła Donaldu Tusku coś takiego zasugerować? Tego oczywiście nie wiem, bo w odróżnieniu od Donalda Tuska, Nasza Złota Pani mi się nie zwierza, ale pewne światło na tę sprawę rzuca niedawna oferta niemiecko-amerykańskiego sojuszu, z którą niedawno wystąpiła niemiecka ministerka obrony. Na Donalda Trumpa to by chyba specjalnie nie podziałało, a zresztą wydaje się, że to już jego los ultimos podrigos na stanowisku prezydenta USA, natomiast Joe Biden – aaa, to co innego. Jak w „Portretach imion” pisała Kazimiera Iłłakowiczówna - „można zeń wszystko zrobić i w każdą formę ulepić” tym bardziej, że jego zastępczynią będzie pani Kamala Harris, która nie tylko „ostro skręciła w lewo” , ale w dodatku ma męża z pierwszorzędnymi korzeniami – takimi samymi, jakie ma pan Antoni Blinken, nastręczony Joemu Bidenowi na stanowisko sekretarza stanu. Obawiam się tedy, że jak tylko Biden obejmie władzę („gdy tylko w Polsce obejmę władzę, szereg surowych ustaw wprowadzę; za krowobójstwo, za świniobicie, będę odbierał mienie i życie” - przechwalał się Gnom Tarasowi podczas nieśmiertelnej „Rozmowy w kartoflarni”) to pan Blinken puści nas wszystkich z torbami na podstawie ustawy 447. Siekiera bowiem już jest do pnia przyłożona i tylko czekamy na przysięstwo Joe Bidena, które – jak wiadomo – ma nastąpić w styczniu. Ponieważ na tym etapie, w odróżnieniu od etapu poprzedniego, kiedy to Niemcami rządził wybitny przywódca socjalistyczny Adolf Hitler, żydowska polityka historyczna, jest zsynchronizowana z polityką historyczną niemiecką, no to nic dziwnego, że i Donald Tusk może zmienić poglądy. Wprawdzie Izrael deklaruje, że zbawienną szczepionkę przeciwko zbrodniczemu koronawirusowi kupi właśnie w Rosji, ale być może tylko po to, by wtrynić ją potem komu innemu, na przykład – naszemu bantustanowi, który przecież bezcennemu Izraelowi nie potrafi odmówić niczego. Jeśli tedy Nasza Złota Pani zgodzi się kupować amerykański gaz zamiast rosyjskiego, to będzie to nieomylny znak, że strategiczne partnerstwo zmienia wektory, a w tej sytuacji tylko patrzeć, jak Donald Tusk, a za nim cały obóz zdrady i zaprzaństwa, przejdzie na jasną stronę Mocy. Dlatego właśnie na reprezentanta interesów złego ruskiego czekisty Putina wyrasta powoli Konfederacja, która w dodatku bluźni przeciwko maseczkom i szczepieniom. Tymczasem szczepienia, podobnie jak maseczki, w miarę rozwoju epidemii, stały się nie tyle środkiem terapeutycznym, co wyznacznikiem postawy obywatelskiej, stanowiąc coś w rodzaju certyfikatu przyzwoitości. Dlatego też pan minister Niedzielski zapowiada, że obowiązek noszenia maseczek może być utrzymany nawet po zakończeniu epidemii, dzięki czemu ABW, bez konieczności zaglądania we wstydliwe zakątki, będzie od razu wiedziała, z kim ma sprawę. Zresztą z epidemią nigdy nic pewnego, bo właśnie WHO podała, że czeka nas trzecia fala, co wskazuje na to, że oprócz sprzedaży szczepionek, mają być pod tym pretekstem zrealizowane jeszcze inne, ważne interesy. Tymczasem jak grom z jasnego nieba uderzyła w nasz bantustan kolejna plaga. Oto obóz „dobrej zmiany”, który do tej pory, podobnie zresztą jak obóz zdrady i zaprzaństwa, stał na nieubłaganym gruncie obecności Polski w Unii Europejskiej, do spółki z Węgrami, zapowiedział zawetowanie budżetu UE na lata 2021-2017 z powodu decyzji o powiązaniu wysokości subwencji z oceną praworządności w każdym bantustanie. Kto tę praworządność miałby oceniać i według jakich kryteriów – tego na razie nie wiadomo, więc minister Ziobro zastosował premierowi Morawieckiemu poważną, patriotyczną zastawkę, że „nie będzie Niemiec pluł nam w twarz”. W tej sytuacji panu premierowi nie pozostawało nic innego, jak zapomnieć o tym, że w lipcu swoją zgodę na takie powiązanie potraktował jako sukces i wrócić na łono patriotyzmu. Spotkała go za to fala krytyki ze strony obozu zdrady i zaprzaństwa, że działa „na szkodę Polski i Polaków”, ale być może po grudniowej turze negocjacji wszystko zakończy się wesołym oberkiem, bo Wielce Czcigodna Joanna Lichocka od paluszka stanowczo oświadczyła, że obóz dobrej zmiany nadal stoi na nieubłaganym gruncie uczestnictwa Polski w Unii. Tymczasem, jakby tego było mało, przez nasz nieszczęśliwy kraj przewala się „rewolucja macic” . Wykazuje ona co prawda objawy uwiądu, ale najaktywniejsze aktywistki zapowiadają, że będą się tak awanturowały aż do Sylwestra. Potem plan jest taki, że rząd ma się podać do dymisji, a władzę ma przejąć „rząd fachowców” , którzy będą ją trzymali dopóty, dopóki – jak to precyzyjnie określiła pani Marta Lempart – będą „zapierdalać”. Pojawiły się w związku z tym fałszywe pogłoski, że pani Marta Lempart, to Włodzimierz Czarzasty w peruce, ale nie ma w nich ani słowa prawdy, bo wystarczy spojrzeć, by przekonać się, że pan marszałek Czarzasty jest przystojniejszy. Co się stanie, jeśli do Sylwestra rząd „dobrej zmiany” jednak nie ustąpi – tego jeszcze nikt nie wie. Krążą tedy kolejne fałszywe pogłoski, że aktywistki „Strajku Kobiet” pozarażają się wtedy syfilisem, a potem zainfekują polityków z obydwu obozów, robiąc w ten sposób miejsce dla „rządu fachowców” - i że to jest właśnie ta „trzecia fala”, którą zapowiada Światowa Organizacja Zdrowia. Tak czy owak, przyszłość rysuje się zagadkowo, więc pewnie dlatego w łonie rządu „dobrej zmiany” pojawił się pomysł, by władza uzyskała dostęp do kont bankowych obywateli. Dotychczas dostępu do nich broni – dziurawa, bo dziurawa – ale jednak tajemnica bankowa. Z nią jest niestety tak, jak za komuny z tajemnicą korespondencji. W latach 70-tych funkcjonariusz SB podczas przesłuchania objaśniał mi jej szkodliwość. - Jeżeli autor listu nie pisze nic przeciwko socjalizmowi – wywodził - to żadna tajemnica nie jest mu potrzebna. A jak pisze, to tym bardziej nie jest potrzebna. Stanisław Michalkiewicz 29 października 2020 r. Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).
Minęło dopiero 10 dni od wyborów do Sejmu i Senatu w Polsce. Jak wiadomo, wszyscy je wygrali, a zwłaszcza obóz dobrej zmiany, podczas gdy obóz zdrady i zaprzaństwa oczywiście też wygrał, ale niekoniecznie. To zresztą nieważne, bo jeszcze nie opadł kurz, jaki podczas kampanii wyborczej podnosili funkcjonariusze niezależnych stacji telewizyjnych obydwu, a właściwie – wszystkich trzech obrządków – a tu okazało się, że nikt nie jest do końca zadowolony z wyniku. Świadczą o tym protesty wyborcze. Prawo i Sprawiedliwość złożyło do Sądu Najwyższego wniosek o ponowne przeliczenie głosów w wyborach do Senatu w trzech okręgach, bo PiS-owi akurat zabrakło tych trzech głosów, by mogło odzyskać większość w Senacie. Od razu widać, ile racji miał wybitny klasyk demokracji Józef Stalin twierdząc, że ważniejsze od tego, kto głosuje, jest to, kto liczy głosy. W związku z tym gwałtownie zaprotestował wybrany na senatora pan Michał Kamiński, że to byłby „koniec demokracji”. Najwyraźniej jeden z tych wątpliwych okręgów to ten, w którym on został wybrany, więc gdyby niezawisły Sąd Najwyższy nakazał ponowne przeliczenie głosów, to nie jest wykluczone, że demokracja mogłaby się dla niego zakończyć, zanim się jeszcze zaczęła. Czy jednak niezawisły Sąd Najwyższy zaakceptuje wniosek PiS-? Tego jeszcze nie wiemy, ale może go odrzuci – z czego Naczelnik Państwa wcale nie musi być niezadowolony. Rzecz w tym, że pojawiły się fałszywe pogłoski, jakoby minister sprawiedliwości i prokurator generalny Zbigniew Ziobro próbował wykorzystać okoliczność, iż rząd „dobrej zmiany” dysponuje w Sejmie nadwyżką zaledwie 4 posłów ponad większość bezwzględną, więc gdyby tak któryś się przeziębił, a inny znów się nadąsał, to losy całej demokracji zawisłyby na włosku. W tej sytuacji liczy się każdy prosty poseł, a warto pamiętać, że obóz „dobrej zmiany” jest koalicją co najmniej trzech partii, z których jedną, to znaczy – Solidarną Polską – kieruje właśnie Zbigniew Ziobro. Już raz się zbisurmanił, a chociaż nie przyniosło mu to sukcesu i przed objęciem stanowiska ministra i generalnego prokuratora został trochę przez Naczelnika Państwa przeczołgany, to przecież może wykorzystać każdą sposobność do powiększenia nie tylko zakresu swojej władzy, ale i do zdobycia nowych frumentariów dla umożliwienia swoim zwolennikom umoczenia ust w melasie, żeby nadal go kochali i nadal mu, to znaczy – Polsce oczywiście – służyli. Tak głoszą fałszywe pogłoski, które oczywiście zostały niezwłocznie i energicznie zdementowane. Nie jest tedy wykluczone, że wniosek do niezawisłego Sądu Najwyższego może mieć też drugie dno – bo jeśli Sąd najwyższy wniosek odrzuci, to z pewnością nie przysporzy to ministrowi sprawiedliwości chwały, a wtedy stanie się w rękach Naczelnika Państwa trochę bardziej plastyczny. Ta plastyczność może jeszcze wzrosnąć, gdyby się okazało, że Europejski Trybunał Sprawiedliwości, do którego niemiecki owczarek z Komisji Europejskiej, czyli Franciszek Timmermans złożył na Polskę skargę w sprawie ustawy o Krajowej Radzie Sądownictwa i w sprawie Izby Dyscyplinarnej dla sędziów Sądzie Najwyższym, nakaże te ustawy uchylić. Ponieważ są one jeśli nawet nie autorstwa Zbigniewa Ziobry to z pewnością powstały z jego inspiracji, to może to pogorszyć jego polityczną pozycję, co przewidział jeszcze w XVIII wieku pozbawiony złudzeń ksiądz biskup Ignacy Krasicki: „Kogut winien, więc na niego. On sprawcą wszystkiego złego! On źle poradził, on grad sprowadził on czas oziębił, on zasiew zgnębił” - i tak dalej. Taka krytyka każdego może zdyscyplinować, o czym świadczy postępowanie starszego pana Stempowskiego, właściciela majątku Szeputyńce na Podolu. Zgodnie z filosemicką tradycją tej rodziny miał w swoim majątku ekonoma Żyda. Ilekroć coś w polu, albo na folwarku nie wyszło, wzywał go do kancelarii i surowym głosem mówił: „niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”, na co skruszony ekonom zdejmował czapkę i mówił: „nu, niech będzie!” Znacznie gorzej wygląda sytuacja w obozie zdrady i zaprzaństwa, gdzie objawy dintojry wyszły na zewnątrz. Obserwatorzy powiadają, że Grzegorz Schetyna jest zwalczany przez tak zwanych „młodych” to znaczy Wielce Czcigodnego posła Dupkę, czy jakoś tak oraz wybranego do Senatu byłego posła Łajzę. Z jednym i drugim może by sobie jakoś poradził, gdyby nie okoliczność, że – jak sam się pożalił w telewizji – że za kulisami tej operacji stoi Donald Tusk, który zamierza nie tylko wysadzić go z siodła, ale i strącić w ciemności zewnętrzne, skąd dobiega płacz i zgrzytanie zębów. Wprawdzie inne niezależne media donoszą, że Donaldu Tusku oferowane jest i to „na sto procent” stanowisko przewodniczącego Europejskiej Partii Ludowej, ale nie ulega wątpliwości ( „nie ulega wątpliwości, jak mawiała stara niania”), że od tego – oczywiście niewątpliwie – prestiżowego stanowiska, jeszcze bardziej prestiżowe byłoby stanowisko prezydenta naszego bantustanu i wcale nie jest wykluczone, że Nasza Złota Pani, która w Donaldu Tusku wyraźnie sobie upodobała, przeznaczyła go do takich właśnie wyższych rzeczy – żeby w przyszłym roku wjechał do Pałacu Prezydenckiego na białym koniu, niczym – jak głosi legenda - generał Bolesław Wieniawa-Dłogoszowski do „Adrii” . Przy takiej kombinacji („taka, panie kombinacja” - jak mawiał Antoni Lange), Grzegorz Schetyna potrzebny jest, niczym psu piąta noga, bo po pierwsze – żadnych wyborów prezydenckich by nie wygrał nawet z panem prezydentem Andrzejem Dudą, podczas gdy Donald Tusk może tego dokonać zwłaszcza, gdy objawią się skutki amerykańskiej ustawy nr 447 JUST – i w ten sposób Niemcy odzyskają w Polsce przynajmniej część utraconych przed czterema laty wpływów, które próbowały odzyskać w grudniu 2016 roku inicjując w Warszawie tak zwany „ciamajdan” . Jeśli operację tę powierzono do wykonania Grzegorzowi Schetynie – a chyba tak właśnie było - to nie da się ukryć, że chwały mu ona nie przynosi, bo szczerze mówiąc, została spartolona. W tej sytuacji trudno dziwić się „młodym”, że orientują się na Donalda Tuska, który z pewnością potrafi ich wynagrodzić jeśli nie w takiej, to innej formie, w zależności od tego, czy sam będzie miał fart, czy nie. Na razie jednak również obóz zdrady i zaprzaństwa skierował do niezawisłego Sądu Najwyższego swoje protesty wyborcze, domagając się ponownego przeliczenia głosów w trzech okręgach: jeleniogórskim, łomżyńskim i pabianickim, poruszając przy okazji niebo i ziemię, to znaczy – OBWE, Radę Europy i Komisję Wenecką, a także – panią pierwszą prezes Małgorzatę Gersdorf, której – jak pamiętamy – w swoim czasie uderzały do głowy gersdorfiny tak, że nie wiedziała, czy jest pierwszym prezesem, czy może nie. Teraz z pewnością stanie na wysokości zadania i jestem pewien, ze nie zależny Sąd Najwyższy dostanie instrukcje, czyje protesty uwzględnić, a czyich nie, żeby nasza młoda demokracja aby na tym nie ucierpiała. Bo nie ma nic gorszego, jak obserwować, jak demokracja cierpi. To może być jeszcze gorsze od widoku pękającego człowieka, o czym w piosence o Makarym śpiewał Maciej Zembaty: „Musiał pęknąć jakoś w pół ci, bo się rozszedł zapach żółci i swąd siarki piekielny. Oj wielka to jest męka widzieć, jako człek pęka...”. A cóż dopiero demokracja! Stanisław Michalkiewicz 27 października 2019 r. Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Goniec” (Toronto, Kanada).
obóz zdrady i zaprzaństwa